Dobrze jest. Miła pani insztalatorka przynależności germańskiej zatwierdziła stan komunikacji między moim komputerem i resztą świata. Matryks, witaj zuruck.
Wnijście w zaborcze ramiona Matryksa zbiegło się w czasie z decyzjami personalnymi i zmianami ogólnymi. Każda chwila pokazuje, że na lepsze. Małe, mniejsze i większe sytuacje od paru dni z nawiązką wynagradzają chwile wqrwów błyskawicznych. Pozytyw jest taki, że ze starością nabywam też dobrej umiejętności wracania równie błyskawicznie do równowagi i spokoju, co bywa dla niektórych podejrzane i mocno niejasne.
Dzisiaj na przykład Pan Paliwowy na stacji z własnej kieszeni oddał mi kupon rabatowy na paliwo. W końcu to zawsze 15 groszy mniej na litrze. Bo mi kuponow już zabrakło, a tankowałam sporo. Taki miły ten Pan Paliwowy, taki.
Nie od rzeczy jest też wspomnieć o urodzinowym serniku z białą czekoladą, historii o Irku, pociągach i szkole uwodzicieli w Krakowie, wąchaniu białego rieslinga i rozmowach dusznych-duchowych w winnej piwniczce przy Rynku Siennym, co też działo się z okazji urodzin K. Wiecznie dwudziestych pierwszych. Brakowało mi takiej babskiej posiadówki. W towarzystwie mocno adekwatnym do mojego stanu umysłu, ducha i poczucia humoru. Spotkanie zmotoryzowanych abstynentek w winiarni, ot co. Ale zorientowałyśmy się w tej lekkiej ironii losu dopiero gdzieś koło północy. A rano trzeba było iść do pracy.
Wracam do freelancerskich działań. Dobrowolnie i po namyśle. Mój duch ewidentnie nie pasuje do siedzenia w firmie od-do i trwania na etacie. Stała sumka pieniędzy na koncie co miesiąc jest oczywiście niezłym "za", jeśli chodzi o taki, nazwijmy to, etat, ale...
No, żesz.
Proszę Państwa.
W życiu chodzi o coś więcej niż o pieniądze.
I lepiej to sobie uświadomić wcześniej, niż później.
Ot co.
Ot.
skomentuj (0)
Córka Moja postanowiła dołączyć do Gangu Przedszkolaków. Poinformowała mnie o tym Ciocia K., kiedy odbierałam ją z przedszkola (Córkę, nie Ciocię). Umiłowawszy bardziej zajęcia męskie, wraz z koleżanką umiłowań podobnych, najpierw bawiła się samochodami w pożar i bandytów, a potem postanowiła odbić Pluszową Mysz z rąk koleżanki. Nie dało się po dobroci, zaczęła się bitwa, karate i boks. Pluszowa Mysz straciła jedną łapkę. Dziewczyny przeżyły bez uszkodzeń. Zamiast ryczeć wniebogłosy, obie postanowiły, że będą z tego dumne, że się stłukły nawzajem. Ja byłam mniej. Reprymenda w przedszkolu nie wywarła na Baśce żadnego wrażenia.
- Mamo! Ale ja zwyciężyłam! - przekonywała mnie
O tempora, o mores!
Opowiedziałam Babci. Z przyganą w głosie.
- A kto kogo stłukł bardziej?... - spytała zaniepokojona Babcia
- Nie martw się. Basi nic nie jest - uspokoiłam ją.
- ...Mam nadzieję, że moja wnusia wygrała?? - wpadła mi w słowo Babcia.
Genetyka...
skomentuj (0)
Śniegu nadal deficyt. Jesień, wiosna? Ciężko określić. Nawet deszcz niechętnie pada. Dziwaczne to. Zapewne na wiosnę (tę kalendarzową) spadnie szczodrze śnieg i będzie zając wielkanocny kicał przez zaspy. Oby tylko w zimowym ubarwieniu, co by go nikt nie ustrzelił.
A propos strzelania - Sylwester minął pod znakiem myśliwych oraz lenistwa. Szanowny Ojciec Córki wybrał się na sylwestrowe polowanie, najpierw oczywiście odświętowawszy moje urodziny dzień wcześniej. Mężczyźni o mrocznym, mokrym świcie ruszyli z bronią i listą celów do lasu i na bagna, a kobiety zostały w pieleszach domowych, dokładając do pieca i gotując. Po prawdzie gotowała głównie S., ja poprzestałam na byciu pomocą gospodarczą i nianią dzieciom. Za to animacja dzieciowej zabawy w dzika i myśliwych wyszła idealnie. Chociaż może trochę zbyt wrzaskliwie, jak na warunki przedpokoju i salonu. Myśliwi zamiast łapać dzika, uciekali przed nim z przeraźliwym wrzasko-chichotem na kanapę, a dzik ryczał jak żubr i chował się pod plastikową zjeżdżalnią.
Na polowaniu - tym prawdziwym - padł jeden dzik, z wymaganych dziesięciu. Ponoć padł ze śmiechu, gdy ośmiu strzelało i tylko jeden ledwo trafił. Uroki spożywania napojów leśnych zapewne...
Postanowiłam oraz porzucić częściowo uwielbienie dla Johnny`ego Deppa na rzecz Roberta Downeya Jr. Pomijając historię narkotykową, objął dowodzenie w moim panteonie wielkich miłości. Ekranowych. Ot co.
skomentuj (0)
Święta, nie?
Zmęczenie sięgające zenitu i zero odważności dusz.
Przesilenie jakieś nadciąga. W kościach czuć.
Czekając na śnieg.
skomentuj (0)
Ogólnie biorąc rzecz, we wkrzańskich lasach internetu nie posiadam. Przygraniczne niedźwiedzie go pogryzły, czy jak... W każdym razie bądź, technologia dopiero do mnie brnie. Przez lasy, pola, stada krów, wąwozy polodowcowe i osady rolnicze. Kiedyś dobrnie. Na razie pozostawiam sobie dostęp do informacji i wiadomości, dzięki polskiej telefonii kom. Działa. Ale jakoś tak niemrawo się pisze na miniklawiaturce. Odechciewa się dlugich treści.
Może i dobrze. Ostatnimi miesiącami udoskonalam sztukę milczenia. Człowiek jak się w życiu nagada i piwa napije, to potem idzie w skrajność i tylko patrzy, słucha i herbatkę siorbie :-) Wystarczy. Mi pasuje. Inni się dziwią, narzekają, kuszą. Nic z tego. Bo nie mogą pojąć, że to nie poza i nie wyrzeczenie, tylko własno-chęć i ulubienie. Nie rezygnuję z niczego na siłę, po prostu obywam się bez, bo mam inne zajęcia życiowe.
Jakkolwiek - wracają nostalgie za starymi zlotami i znajomościowymi eventami. Jeden sobie zrobiłyśmy z P. samodzielnie. Było w sam raz. Teraz spróbujemy to powtórzyć z cała ekipą. A co. W marcu dopiero. Ale mimo wszystko.
Długo by opowiadać o zlatywaniu się, co to miało miejsce. Basiek u dziadków na przechowaniu, a my całe pogranicze do dyspozycji miałyśmy. Plus szczecińskie lokale gastronomiczne. Oraz jedną sesję zdjęciową w tonacji KISS, do której zużyłyśmy wszystkie białe maziaje kosmetyczne, jakie były. Czarne cienie i kredki też zmęczone były. I jakieś stemperowane, biedulki. Ale zdjęcia wyszły zawodowo.
* * *
Czas chorowania i zimowania. Choroby są, śniegu ni ma. Podejrzana sprawa. Niby coś tam sypnęło dwie noce temu, ale wyglądało jak cukier puder i zniknęło po paru godzinach. Albo wcześniej. Nie zdążyłam pokazać Dziecku. Trudno. Najwyraźniej nie był to prawdziwy śnieg, tylko jakaś próba wczesnogeneralna.
* * *
Im bliżej końca roku, tym bardziej mnie nosi, żeby coś z hukiem zmienić. Wymienić. Nie kisnąć w jednym słoiku. Jak to określiła K., życie rzuca mną jak kulką w szklance i robi wszystko, żebym z tej szklanki wypadła. Nie powiem, żebym kulką się czuła, trochę bardziej ten, no... OBŁE kształty mam, nie kuliste - ale z tym rzucaniem jest coś na rzeczy.
Kilka opcji, kilka treści, kilka spraw do przemyślenia i przegadania. Coś wymyślę.
Co, jak co, ale w wymyślaniu i improwizowaniu jestem genialna.
skomentuj (0)